Kobieta Sybiru: Na obcej ziemi pozostali na zawsze
W czteroodcinkowym cyklu przedstawiamy Kobiety Sybiru z gmin Suchowola i Jaświły
Cztery opowieści przesłała nam Krystyna Gudel, poetka z Suchowoli i Przyjaciółka Podlaskiej Redakcji Seniora. Bohaterką drugiej opowieści jest Eugenia Cieśluk

 

 

Eugenia Cieśluk, (rocznik 1937) z domu Mankiewicz z Brukowa (obecnie zamieszkała

w Suchowoli) dzieliła wraz z innymi okrutny los zesłanych na Syberię.

Miała zaledwie 3 lata, kiedy wraz z całą rodziną musiała uczestniczyć w katorżniczej doli transportowanych ,,na koniec świata”. Z rodziny Mankiewiczów zesłano 14 osób: rodzice- Franciszka i Konstanty, Eugenia, młodszy brat Czesław, starszy Stanisław, dziadek i babcia – również Franciszka i Konstanty oraz brat ojca Józef, jego żona Bronisława i pięcioro ich dzieci: Irena. Leokadia, Helena, Franciszek i Józef. Brat ojca Eugenii był gajowym i to dlatego całą rodzinę spotkał taki los, bo jak wiadomo, celem polityki wojennej było zniszczenie polskiej inteligencji. Wśród zesłanych znaleźli się księża, nauczyciele, oficerowie, pracownicy służby leśnej i wiele innych.

Rodzina Mankiewiczów dołączyła do zsyłanych 10 lutego 1940 r. Zima wówczas była mroźna, (około 40 stopni mrozu). Najpierw odwieziono ich furmankami do Janowa, potem do stacji pociągowej do Sokółki. W Janowie zaproponowano babci i dziadkowi pozostanie u kuzynów, ale zdecydowali, że pojadą z rodziną. Co dla was będzie, to i dla nas– powiedział dziadek. Zabrali ze sobą pierzyny, które, jak się potem okazało, uratowały im życie. W tobołkach na drogę rodzice zabrali słoninę i jeszcze co kto miał. Stamtąd, w bydlęcych wagonach,  trasa wiodła w  nieznane. Podczas transportu dokuczał brak wody do picia. Pożywieniem była najczęściej słonina, dość słona, co wzmagało pragnienie picia. Zdarzało się, że z dachu wagonu zbierano śnieg, topiono na wodę, aby ugasić pragnienie. Warunki były nieludzkie, stąd wycieńczenie i choroby. W drodze zmarło dwóch synów stryja gajowego, zachorował też młodszy braciszek Eugenii, jak potem okazało się na zapalenie opon mózgowych. Mamę z chorym braciszkiem zabrano do szpitala do Omska. Pociąg zmierzał dalej w kierunku Irkucka. Podróż trwała miesiąc. Braciszek Eugenii, Czesław, zmarł w Omsku. Nie wiadomo, gdzie został pochowany, ale taki był tamten czas, nic w tej sprawie zaradzić nie można było. Wkrótce mama dołączyła do rodziny, która wraz z całym transportem dotarła do wyznaczonego im celu: miejscowość Kwitek za Irkuckiem. Okolice Kwitka były ,,bogato” zaludnione Polakami, skierowanymi do katorżniczej pracy. Zesłańców rozmieszczono w długich drewnianych barakach, podzielonych na kwaterki (kajuty). W każdym mieściło się 60 osób, a oprócz tego swoje miejsce miał wiatr. Szczeliny zatykano mchem, aby choć trochę mniej wiało. Jak wspomina pani Eugenia, barakami zawładnęło robactwo, pluskwy i inne insekty. Na korytarzu stały dwa piecyki, dawały trochę ciepła, a  od czasu do czasu można było zagrzać wodę.

Po trzech latach zabrano ojca na wojnę, dzieci zostały z mamą i rodziną stryja. Mama z ciocią chodziła na zarobek, przez cały tydzień pracowały u Ruskich, bo tam były kołchozy. Za pracę otrzymywały kilka ziemniaków i trochę mąki, czasem zamarznięte mleko. Starszy brat gotował z tego zupę. Kiedyś zdarzyło się, że mama niosła chleb, ale tak była głodna, że go nie doniosła, zjadła. Był to jej ciężki ból przez wiele, wiele lat. Innym razem ciocia ukryła kilka ziemniaków, aby przynieść dzieciom. Zauważono to, za co przez pół roku przebywała w więzieniu. Do zup wykorzystywano lebiodę i pokrzywę. W letnim sezonie w tajdze można było zbierać jagody i borówki, ale były tam niezliczone ilości komarów i meszki, więc trudność była ogromna, nie było czym leczyć ukąszeń. Do odstraszania komarów używano dziegciu. Najbardziej dokuczała zima, bo mrozy sięgały 50 stopni C i, jak wspomina pani Eugenia, czasem przy splunięciu w powietrzu zamarzała ślina, było więc dużo odmrożeń. Uratowały ich pierzyny, które zabrali z domu. W czas największych mrozów dzieci cały czas leżały pod tymi pierzynami, aby nie zmarznąć. Zmarła tam jedna córka cioci. Z 14 osób zostało 7 i tyle wróciło. W ostatnich latach przed powrotem otrzymywali paczki żywnościowe. A kiedy zbliżał się czas odjazdu, Ruscy proponowali: Zapomnijcie o tej Polszczy. Zakładajcie tu rodziny. Oni zaś, wierzyli, że staną wkrótce na ojczystej ziemi. I tak się stało. Powrotna podróż pociągiem trwała również prawie miesiąc. Wrócili przed Wielkanocą 1946 r. Zastali rozszabrowane gospodarstwo i ogólne zniszczenia, które były skutkiem wojny. Dzieci, zamiast do szkoły, musiały iść do pracy, brat do pasienia krów, a Eugenia do pilnowania dzieci. Nie zostali w Brukowie, zatrzymali się w Suchowoli i tu zostali, najpierw wynajmowali mieszkanie, a po kilkunastu latach zamieszkali w swoim domu.

 

Na obcej ziemi na zawsze pozostali: młodszy brat Eugenii- Czesław, troje dzieci cioci Ireny, w tym dwoje zmarło w czasie transportu, dziadek i babcia oraz wujek- gajowy.

Dziecięcy czas pani Eugenii, tak jak wielu innych zesłanych,  pozostał za Irkuckiem w tajdze Syberii, w krainie chłodu i głodu, w dziurawych barakach, wśród obcych, których los oskarżył za niewinność.

 

Wspomnienia spisała Krystyna Gudel

 

Krystyna Gudel, Historie pazurem wojny kreślone.                                                                        Wydawca:Wspomnienie Eugenii Cieśluk,                 Jamiński Zespół Indeksacyjny,2017, s. 29-35