W cyklu Kobieta Sybiru. Prawo do pamięci przedstawiamy wspomnienia Danuty Łopateckiej -Piegat

„Są ludzie wielcy, bohaterowie, którzy dokonywali wielkich czynów. Wpisano ich za to w poczet bohaterów narodowych, stawiano pomniki. Ileż jest tych maluczkich, zwykłych ludzi, których bohaterstwo i czyny nie są wcale mniejsze. Przeszli oni przez życie, cichutko niezauważeni, przez wielką toczącą się historię, a o ich wielkości świadczy niezłomna wola przetrwania, walka o życie najbliższych i zachowanie własnej tożsamości narodowej. Pamięć o nich przetrwa tylko w sercach najbliższych i to do nich należy ocalenie jej od zapomnienia. Takim człowiekiem była właśnie moja mama, której losy podobne są do losów milionów polskich matek” – pisze w swoich wspomnieniach autorka.

Pamiętam matkę jako piękną postawną kobietę, bardzo skromną, cichą, bezgranicznie oddaną rodzinie i zawsze spieszącą z pomocą potrzebującym. Szczęśliwą matkę i żonę wychowującą troje dzieci – mnie i dwie siostry. W chwili wybuchu II wojny  światowej, mieszkaliśmy w podgrodzieńskiej wsi Gienowicze. Ojca aresztowało NKWD i wywiozło w głąb Rosji, ponieważ był działaczem ludowym i dość zamożnym rolnikiem. Zostałyśmy same na tej wielkiej gospodarce. Mama walczyła dzielnie z codziennością, mając nadzieję, że ojciec wróci. Nie wrócił.

2 kwietnia 1940 roku, przyszli po nas. Obudziło nas łomotanie do okien. Wystraszone płakałyśmy, tuląc się do mamy. Żołnierze rosyjscy pod pretekstem rewizji, zabrali cenniejsze przedmioty i dali nam pół godz. na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Nie pomogły błagania mamy i nasz lament. Moja najmłodsza siostra była chora na zapalenie płuc. Mama położyła ją na poduszkę i zawiązała chustą, zabrała tylko to co było niezbędne do podróży i dla nas, nie myśląc o sobie. Zawieziono nas do Grodna a tam załadowali nas do wagonów towarowych i wywieziono w głąb Rosji w okolice Akomolińska – Kazachstan Północny.

Podróż trwała miesiąc czasu w okropnych warunkach sanitarnych. Okna wagonu zabite deskami, stłoczeni ludzie głodni, brudni i zmarznięci. Mama tuliła nas do siebie jakby chciała ogrzać nas swoim ciałem. Karmiła nas kawałkami surowej słoniny, którą wzięła z domu, ale i ta uległo wyczerpaniu. Na węzłowych stacjach, pociąg zatrzymywał się i do wagonu wnoszono wiadro ciepłego napoju i trochę zmarzniętego chleba. Głodni i wystraszeni ludzie wyrywali go sobie z rąk. Pod eskortą żołnierzy, wychodziliśmy załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Niektórzy wyczerpani głodem i chorobą nie przetrwali podróży. Wynoszono ich na perony i tam zostawali na zawsze. Po krótkim postoju pociąg ruszał dalej. Niektórzy próbowali się uwolnić wyrywając deski z podłogi, ale ucieczka kończyła się tragicznie. Ginęli od kul eskorty, lub pod kołami pociągu.

Nadszedł kres naszej podróży. Ranek przywitał nas mroźnym syberyjskim powietrzem. Znalazłyśmy się w szczerym polu na stepie w pobliżu jakiegoś sowchozu. Mama była przerażona, bo nie miała czym nas nakarmić i w co ubrać. W akcie desperacji oddała ślubne obrączki, za bochenek chleba oferowany przez ciekawskich Kazachów. Umieszczono nas w ziemiankach wykopanych w zamarzniętej ziemi, w których jedynie stały prycze zbite z desek wypełnione słomą. Kociołki służyły do przynoszenia barszczu z wody i zielonych pomidorów z ogólnej stołówki.

Mamę i siostrę Stasię, która miała 16 lat, zatrudniono w cegielni za tak zwane racje żywnościowe – kociołek lury i 10dkg chleba na osobę dziennie. Wstawały o świcie i wychodziły do morderczej pracy na cały dzień. Mama formowała cegły z gliny i układała na taśmę a ponieważ taśma biegła nad rowem z wodą, to musiała przy tej pracy stać po kolana w zimnej wodzie. Siostra pracowała przy wypalaniu cegieł w dużym palenisku, bez żadnego zabezpieczenia. Żar buchający z niego nie pozwalał na normalne oddychanie.  Ja miałam 4 lata a siostra Krysia tylko 2,5 roku. My pozostawałyśmy w ziemiance bez opieki.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         Całymi dniami siedząc na kuckach wypatrywałyśmy przez małe okienko wychodzące nad powierzchnią ziemi, czy mama wraca z zupą i chlebem. Noce były straszne, sen nie dawał ukojenia, gdyż gryzły nas pluskwy i wszy i panowało wszechobecne zimno. Przy wielostopniowym mrozie zamarzały powieki. Ziemianki ogrzewane były piecykiem – kozą, który dawał ciepło tylko wtedy, gdy się paliło. Za opał służyły suche badyle piołunu i wyschnięte placki krowich odchodów, które my zbierałyśmy.

I tak w nieludzkich warunkach, mijały kolejne dni, bez cienia nadziei na ocalenie.
W tej czarnej beznadziejnej rzeczywistości, ludzie wspierali się wzajemnie i podtrzymywali na duchu. Zawiązywały się nawet przyjaźnie.
Mama zaprzyjaźniła się z Białorusinką Frośką. Niestety umarła z głodu i wycieńczenia osierocając dwie małe córeczki. Bez wahania mama przygarnęła te małe biedne istotki. Po pewnym czasie władze sowieckie zabrały dzieci Frośki i słuch o nich zaginął. Rozpacz była wielka, bo zżyłyśmy się i stanowiłyśmy rodzinę.
Od tej pory, mama ciągle drżała o nasz los, ponieważ była bardzo wycieńczona i coraz słabsza. Bała się, żeby nie podzielić losu koleżanki.

Kiedy Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła. Ograniczono racje żywnościowe, w myśl zasady, kto nie pracuje ten nie je. Pamiętam staruszkę, wspomina autorka, która nie była zdolna do pracy, więc nie otrzymywała racji żywnościowych. Żeby nie umrzeć z głodu, łapała koty i inne zwierzęta w stepie.

Najstarsza Siostra zaciągnęła się do Wojska Polskiego organizowanego na terenie ZSRR w1943r.Zostałyśmy w trójkę.  Mama była coraz słabsza.
Pewnego dnia przyniesiono ją z cegielni ledwie żywą. Nie mogła chodzić do pracy, więc nie mieliśmy co jeść. Głód zaglądał nam w oczy. Nie raz wyruszałam na poszukiwanie jedzenia z różnym skutkiem. Raz znalazłam stary gnat i ugotowałam nam zupę, czułam się odpowiedzialna za rodzinę.
Nadeszła wiosna. Topniejący śnieg zamienił step w morze. Jak okiem sięgnąć wszędzie woda. Niespodziewanie mama dostała wezwanie do urzędu pocztowego.

Długo czekałyśmy na nią w obawie czy w ogóle wróci. Nagle zobaczyłyśmy ją brodzącą po tej wielkiej wodzie z paczką pod pachą. Radość była wielka, bo to była paczka i list od taty. Okazało się, że tato był w obozie jenieckim, a później zaciągnął się do Armii Polskiej pod wodzą generała Andersa. Cały czas poszukiwał swojej rodziny i trafił na trop. W paczce były rodzynki, figi, smalec, miód. Chroniąc przed kradzieżą, mama w nocy kładła ją pod głowę.Część produktów wymieniła z Kazachami na mąkę i otręby. Gotowała nam mamałygę, która była naszym stałym pożywieniem.

Paczki przychodziły dość regularnie, dostarczane przez PCK. Pozwoliło to mamie wrócić do zdrowia a siostrze stanąć na nogi, bo mając 5 lat dopiero zaczynała chodzić. Sytuacja nasza uległa poprawie, mama zmieniła pracę. Z cegielni przeniosła się do sowchozu, gdzie łatwiej było o żywność i ludzie byli bardziej życzliwi. Pomagali nam, wspierali i nawet zamieszkałyśmy w domkach sowchozowych, gdzie nie było tak zimno. Błysnęła nadzieja wyzwolenia z tych pęt niewoli, ponieważ tato regularnie czynił starania o nasze uwolnienie. Podniosło to nas na duchu.

Czekałyśmy cierpliwie. Latem siadałyśmy, wcześniej przed ziemianką, później przed domkiem i mama uczyła nas polskiego alfabetu i liczenia. Pisała patykiem na piasku i kazała nam powtarzać. Dbała o to abyśmy nie zapomniały ojczystego  języka i nauczyły się czytać pisać i liczyć.

Nadszedł upragniony dzień tak długo oczekiwany. Radość była ogromna Dzięki staraniom ojca, w kwietniu 1946 roku opuściłyśmy tę nieludzką ziemię, bez żalu i w pośpiechu z obawy, że może ktoś nas zatrzyma. Wróciłyśmy do Kochanej Ojczyzny po 6 latach niedoli.

Źródło: Rodzinne wspomnienia dla potomnych /wspomnienia seniorów/
wydane przez Uniwersytet Trzeciego Wieku w Białymstoku 2014r

Zredagowała Halina Wiszowata
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

Artykuł ukazał się w cyklu wspomnień Kobieta Sybiru. Prawo do pamięci realizowanym przez 100-lecie Kobiet w ramach projektu IKAR Inkubator Kobiecego Aktywnego Rozwoju z dotacji Programu AKTYWNI OBYWATELE – FUNDUSZ KRAJOWY finansowanego z Funduszy EOG.