Kobieta Sybiru: A kołchoźnice śpiewały ,,czastuszki”


W czteroodcinkowym cyklu przedstawiamy Kobiety Sybiru z gmin Suchowola i Jaświły
Cztery opowieści przesłała nam Krystyna Gudel, poetka z Suchowoli i Przyjaciółka Podlaskiej Redakcji Seniora. Bohaterkami czwartej  opowieści są Irena Zaniewska i Leokadia Świenc.

Irena Zaniewska, z domu Mankiewicz, ur. 8 XI 1931 r. i Leokadia Świenc, z domu Mankiewicz, ur. 21 IX 1934 r. uzupełniają się we wspomnieniach z wywózki na Syberię. Rodzeństwo: Helena, Franciszek (zm. w Tomsku), Józef (zm. na Uralu), rodzice: Józef

i Bronisława, dziadkowie: Konstanty i Franciszka. 9 członków z tej rodziny i z rodziny stryja 5 ( Eugenia, Stasio, Czesio i rodzice) razem 14 osób z jednego domu wyruszyło w nieznane.

Ojciec był gajowym w lesie Turo. Wczesnym rankiem 10 lutego 1940 r., kiedy wujek miał jechać do lasu po drzewo, przed dom zajechało kilka sań (śniegu tej zimy było dużo). Urzędnik Krutul polecił zabrać pierzyny, poduszki, ubranie i jedzenie. Do kufra spakowano najpotrzebniejsze rzeczy, w tym sery suszone, słoninę, chleb. Zajęli miejsce na saniach i wyruszyli. Dokąd? Nikt nie znał odpowiedzi. W Dubasiewszczyźnie zatrzymali się u gajowego Kieżela. Ta rodzina również musiała rozpocząć nieludzką dolę. Miejsce na saniach zajęli: Edmund Kieżel, córka Monika i rodzice. Podobny los spotkał 3-osobową rodzinę z Romanówki: Fela, Wacek i mama. Ojciec też był gajowym, ale go w tym czasie nie było w domu, dlatego nie podzielił losu rodziny.

Pierwszy przystanek był w Janowie za kościołem w dużym budynku. Tam spędzili noc.

Na drugi dzień dotarli do Sokółki. Rozkazano zająć miejsca w wagonach bydlęcych. Po dwóch stronach były prycze, a na środku ustęp, czyli dziura w podłodze. Podróż trwała ponad miesiąc.

Docelowym miejscem było Górne Udaczno, to na początek. Po długiej podróży wielu chorowało na kurzą ślepotę, ojciec i Irena też. Lekiem na tę chorobę była końska wątroba. Zamieszkali w długim baraku (24 rodziny). Ojciec pracował w lesie przy drzewie, a dziadek          w tartaku. Mama również pracowała w lesie przy zbieraniu drzewa, tak jak inne kobiety. W lecie kobiety chodziły na sianokosy do tajgi. Babcię dziadek oddał do Domu Starców (nie wiadomo gdzie), aby miała lżej dożyć. Dziadek zmarł w szpitalu. Pochowano go w Kwitoku. Później pochowano tam siostrę Helę i ojca. Tata przynosił z przydziału pajdy chleba, mama gotowała bałande, czyli zacierkę z mąki na wodzie.

Drugą zimę spędzili w Dolnym Udacznie. Były tam lepsze baraki, a w nich piec ulepiony chyba z gliny. Mama znów pracowała przy drzewie. Któregoś dnia nie poszła do pracy, bo miała     z przesilenia silne owrzodzenie nóg. Z powodu nieobecności zabrano ją na jakiś czas do więzienia. Tam mama spotkała panią Pytlową z Suwałk. W Dolnym Udacznie spotkali rodzinę z Białegostoku. Pani Ludwicka robiła swetry na drutach, jej mąż pracował przy drzewie w lesie, był dziesiatnikom. Synowie: Janek i Bolek powołani zostali do Armii Andersa.

Wiosną wrócili do Górnego Udaczna, ale już do innego baraku, z ciemnym korytarzem         i z drzwiami. Dużo ludzi chorowało na czerwonkę, ojciec też chorował, ale z tego wyszedł, zaś Helena zmarła.

Trzecią zimę spędzili w Toporku. Kobiety chodziły do pracy w kołchozie (Nieożydane) oddalonym o kilkanaście kilometrów nad Siewiernym Lodowitym Okieanom. W Toporku zaprzyjaźnili się  z Ukrainką, babką Nieżywkową. Poznali tam też panią Chojnacką z Białegostoku, która uczyła czytać i pisać, pisano między drukowanymi linijkami. Leokadia poznała litery. Nauczycielka prosiła Irenę Maleńkaja diewuszka chadi w szkołu. Córka pani Chojnackiej, Marysieńka, była koleżanką do zabawy. Czasem budziła niepokój, bo rzucał nią przypadek, czyli chorowała na padaczkę. Inną osobą ze swoich stron była pani Rochalska z Sokółki. Jej córka poszła do wojska. Tam poznała i wyszła za mąż za wysokiego rangą sołdata.

W 1943 r. późnym latem, a może jesienią miał miejsce pobór do wojska kościuszkowskiego. Komisja zakwalifikowała stryja Konstantego.

W Toporku przebywali do 26 maja 1946 r. Baraki były drewniane, ściany z desek, a między nimi trociny. Lęgły się karaluchy i wszy. Po wodę chodzili do źródła oddalonego o ponad kilometr. Wacław Górewicz robił nosze z drewna i drutu, aby lżej było dźwigać wiadra. Woda była smaczna, źródło w zimie nie zamarzało. Kilka kilometrów dalej była rzeka. Ojciec, z racji, że nie mógł pracować, był przewoźnikiem promowym na rzece. Zmarł 10 lutego 1945 r. na gruźlicę kości.

Wiosną przysmakiem stawały się młode pędy modrzewia i czosnek zimowy. W sezonie letnim kobiety i dzieci chodziły do tajgi po jagody, porzeczki czarne (smorodiny), borówki i maliny. Było tam dużo pięknych wysokich kwiatów. Jesienią zbierali grzyby, smarszczki, 3 osoby zmarły po zjedzeniu grzybów. Na bagnach zbierali żurawinę. Z przydziału otrzymywali 20 dag chleba na osobę, był to chleb czarny, ciężki. Tu też gotowali bałande, na mięsie z niedźwiedzia, piekli placki z pokrzywy i lebiody. Pokrzywę należało obgotować lub sparzyć, trochę odsączyć dodać mąkę i upiec na płycie. Placki smakowały. Po pokrzywę chodzili kilka kilometrów.  Owoce z tajgi  mama sprzedawała w Tajszecie, na szklanki. Za zarobione pieniądze kupiła sukienkę Irenie.

 

Wielką uciechę sprawiały paczki z Polski, które otrzymywali od księdza Ostrowskiego. Były w nichubrania i drobne słodycze. Kilka paczek otrzymali od Albiny Lewickiej ze wsi. Mama wraz z innymi kobietami chodziła do kołchozów wymieniać różne rzeczy na jedzenie. Czasem taka wyprawa trwała cały tydzień. Wracając, zachodziły do kogoś na noc, aby odpocząć i by nie zmarzły im kartofle. Zima trwała 9 miesięcy, lato było krótkie, ale niezwykle obfite w meszkę i komary. Po ugryzieniu przez komara Irena chorowała na malarię, musiała pić chininę (żółty proszek).  Przeciwko meszce stosowano dziegieć, a od pluskiew w barakach benzynę, która powodowała odparzanie skóry. W okresie letnim chłopcy bawili się żmijami, zdarzały się ukąszenia. Do różnych zabaw służyły kamienie.

 

Kiedy ambasada polska upomniała się o swoich, zaczęły się powroty. Żydzi i znajoma Hucułka została, z zazdrości życzyła: kap wy nie dojechali. Z Toporka do Kwitoka  przewieziono wszystkich saniami. I znów pociągiem kilka tygodni. W drodze powrotnej podczas postojów czasem gotowali kaszę mannę.

 

Gdy dotarli do Sokółki, wraz z Górewiczami czekali za cerkwią na dalszą podróż. Akurat była w Sokółce pani Lewicka z Brukowa. Zabrali się z nią do domu. Tułacza dola na nieludzkiej ziemi trwała 6 lat.

 

Wspomnienia spisali: Krystyna Gudel, Dawid Gudel